Gorączka złota

"Muszę wziąć inne rękawiczki" - pomyślał ocierając nimi pot z czoła już chyba piętnasty raz w ciągu kilku minut. Wiedziałem, że będzie ciężko, ale jestem już tak blisko, że przerywanie pracy w takim momencie byłoby pozbawione jakiegokolwiek sensu. Ono musi gdzieś tu być!


A miało być tak pięknie... Gdybym to znalazł, zapewniłbym dobre warunki życia dla siebie, żony i syna. Znajomy powiedział mi, że na początek wystarczy mi namiot, łopata, kilof, sito i dużo czasu. A ja to wszystko przecież mam. To tak niewiele. Na początku myślałem, że to będzie łatwiejsze. I właściwie czynności, które wykonuję mogłoby robić każde dziecko. Co trudnego jest w uderzaniu kilofem o ścianę? Jednak czas to nie mieć motywację, jakieś pieniądze na początek. Przecież narzędzia czy jedzenie też swoje kosztują. Może gdybym znowu miał jakiegoś wspólnika, prowadzone przeze mnie prace byłyby szybsze? Chociaż nie powinno się wchodzić dwa razy do tej samej rzeki...

Dwa razy, bo przecież parę lat temu, na początku tej mojej złotej przygody, pracowałem z osobą, która mi o tej całej sprawie powiedziała. To już tyle czasu minęło? W sumie już dawno nie miałem problemów z drapieżnikami... Dawno też nie znalazłem czegoś sensownego... Może dać sobie spokój? Jaaasne, he he he...

Podciągnął rękawy i wziął się z powrotem do pracy. Jednostajne stukanie kilofem w mur czasami go usypiało. Często wpadał w rodzaj letargu, kiedy całymi godzinami wykonywał jednostajne ruchy. Myślał wtedy o rodzinie i o tym, co mógłby im ofiarować. A przecież nie widział jej i syna od dawna. Właściwie nie widział nawet jak rośnie jego mały synek. Wyjechał przecież tuż po jego urodzeniu. A teraz to już duży chłopak, ma pewnie z 6 czy 7 lat... Zaraz, zaraz... Ile właściwie ma lat mój syn? Zawstydził się nieco, ale żeby nie pogłębiać dodatkowo swojej frustracji zaczął jeszcze mocniej uderzać kilofem.

Próbował sobie przypomnieć co mówił mu kiedyś wspólnik. "Szukamy smrodków?" He, He.. To było coś podobnego... Aaa, "Szukamy samorodków". Po kilku kolejnych godzinach, kiedy niebo zrobiło się ciemniejsze a zmęczenie zaczęło mu przypominać, że powinien trochę odpocząć, przestał w końcu walić w ścianę i powłócząc nogami skonany po całym dniu pracy legł bezwładnie na kilku szmatach, które kiedyś były jego namiotem. Już od dawna sypiał pod gołym niebem, bo przez lata wiatr i te ulewy zrobiły swoje.

Już świtało, kiedy po okolicy zaczął dobywać się tętent kopyt. Jeździec zauważył jakiś leżący na ziemi kształt przypominający jakąś dużą lalkę albo przewrócony strach na wróble. Podjechał bliżej zaciekawiony tym niespodziewanym widokiem. Kiedy zobaczył leżące w pobliżu narzędzia, domyślił się, o co w tym wszystkim chodzi. To musiał być kolejny idiota, który uwierzył w tę starą bajkę o położonej w okolicznych górach kopalni złota. Szkoda, że nie widzę tu łopaty, przynajmniej pogrzebałbym tego biedaka.


Poprzedni tekst              Następny tekst